Miło jest mieć jakąś kulturę.
Pomijając fakt wygodnych rozwiązań (kolejka w sklepie, więzi rodzinne, snobizm, filiżanka na kawę), kultura jest znakomitym izolatorem. Przy jej użyciu można przeżyć bez ciągłego lęku o zaspokojenie potrzeb biologicznych (bezpośredniego; brak środków finansowych na zakup jedzenia też jest kulturowy), w zasadzie – bez pamięci o tym, że polędwica z borowikami oceniona na szlachetne pięć gwiazdek posłuży do tego samego co dworcowy hamburger.
No ale lęk pozostaje. Stąd antyutopie i dystopie.
I dlatego też, pewnie, literatura postapokaliptyczna prędko się nie skończy.
Kiedyś straszne było wyrwanie Robinsona z miłej, angielskiej kultury. Powrót był niemal niemożliwy.
Teraz lękiem jest wyrwanie człowiekowi całej kultury. Lękiem, dodajmy, bardzo plastycznym.
A przecież, gdy tysiące słońc zapłonie, będziemy jak te żywe skamieliny, które od czasu do czasu wyławiają.